Trzeba być szalonym, żeby ją pokochać!
(da się i warto!)
Warszawa. Dlaczego przywiało nas pewnego lipcowego dnia do stolicy? Zwyciężyła chęć zobaczenia tego miasta w końcu na dłużej. Oboje bywaliśmy tam przelotem – pałac kultury z daleka biegnąc gdzieś-tam, dworzec, szybkie lody na rynku… Nie znaliśmy Warszawy ani trochę, a mieliśmy ochotę się z nią zaprzyjaźnić. Pretekst do wyjazdu był prosty – trzeba ruszyć gdzieś tyłek na rocznicę. Tak się pięknie nam złożyło, że mieliśmy też na lipiec zaplanowany wyjazd na wieś, która leży właśnie za Warszawą.
Postawiliśmy na luźne szwendanie się ulicami miasta – tak po prostu, bez większego parcia na zobaczenie „wszystkiego”. Owszem – chcieliśmy zaliczyć kilka klasyków, mieliśmy też chęć na odwiedziny w muzeach (bardzo zależało nam na Muzeum Neonu, jednak nie udało się zgrać wszystkiego w czasie), ale przede wszystkim chcieliśmy poznawać Warszawę totalnie „po swojemu”. Myślę, że się udało. Bardzo miło wspominamy spacery brzegiem Wisły, piwo „na plaży” i cały ten klimat, który jest na Powiślu.
Teoretycznie wyjazd był od dłuższego czasu przez nas planowany, ale i tak mieliśmy wrażenie totalnego spontanu. Trochę nas Warszawa przytłoczyła, trochę zahipnotyzowała – mieszkać tam – raczej nie. Bywać raz na jakiś czas – z wielką chęcią!
Był też brak biletu w autobusie w szczytowej godzinie w samym centrum miasta. Na szczęście warszawiak nie taki zły jak go malują i miła pani widząc, że nie mamy drobnych, a biletomat na kartę płatniczą nie działa (podobno norma!) poratowała nas swoimi drobniakami i przyłączyła się do cichego przeklinania totalnie zrzędliwego, upierdliwego kierowcy, który nie chciał owych drobniaków – mimo, że odliczone, przyjąć. No ja rozumiem korki, ale bez przesady. Może też nie zdążył na obiad?
Noclegi w naszej stolicy są chyba droższe, niż w Sztokholmie (no chyba, że macie chęć na łóżko w pokoju ośmioosobowym – my nie mieliśmy), więc zdecydowaliśmy się wynająć pokój przez Airbnb i to była jedna z lepszych decyzji tego wyjazdu.
Coś co zwróciło naszą uwagę to ilość burgerowni, vege barów i manifestacji. Naprawdę! Miasto vege burgera jedzonego przed manifestacją, ale po kulcie krzyża. Pół żartem, pół serio, ale trochę tak właśnie jest. Nie można zapomnieć też o hurtowych ilościach turystów – jednak to już standard popularnych miast. Dorzućmy do tego najgorszy ruch uliczny w kraju (a może to kwestia przyzwyczajenia, wprawy i refleksu?) i robi się wesoło.
Jeśli tak jak my – planując wycieczkę do Warszawy – nakręcacie się na odwiedziny Muzeum Sztuki Nowoczesnej to mówimy Wam – więcej czasu spędzicie w księgarni Bookoff. Księgarnię od dawna znamy z perspektywy online i fajnie było zobaczyć te wszystkie wyjątkowe książki na żywo. To nie jest zwykła księgarnia, serio! Natomiast muzeum… Ciężko nam nazwać, nie zbyt długi korytarz z jedną ekspozycją, muzeum. Spodziewaliśmy się czegoś innego, liczyliśmy na „łał”, a było po prostu ok.
Myślę, że zaprzyjaźniliśmy się ze stolicą mimo, że Matt chyba nie poczuł tak wielkiej mięty do tego miasta jak ja. Nie mówię, że to wielka miłość, ale coś jest na rzeczy. No i czuję niedosyt. Trzy dni to było za mało, chcę wrócić, bo trochę tęsknię. Przede wszystkim chciałabym „wsiąknąć” w warszawską pragę – jednak o tym w innym wpisie.
A gdzie warto zjeść? Najlepsze gazpacho z melona znajdziecie w Mojo Picón (wszystko było tam totalnie smaczne!), dobry niedzielny lunch w formie bufetu zjecie w DZiK (i genialne piwo mają), a na śniadanie warto przelecieć się aż w Kosmos (wnętrze urzeka, a jajka podają mistrzowsko).
Długo zastanawialiśmy się w jaki sposób „podać” Wam zdjęcia. Nie będziemy kombinować. Nie będziemy ich układać tak, aby wyglądały na spójnie ułożone. Dajemy Wam fotorelację (skromną i bardzo naszą) kadr po kadrze, tak jak to powstawało – w oryginalnej kolejności naszych wędrówek.

